Spotkanie odbyło się na balkonie okazałej willi Leona Gartenberga, jednego z najbogatszych ludzi Drohobycza przełomu XIX/XX wieku, którego familia miała pozycję „królów nafty”, o bardzo rozbudowanych interesach. Od tej willi rozpoczynała się dawna ulica Pańska, zwana niegdyś drohobycką ulicą willi – co można potwierdzić i dzisiaj. Opowieść o budowie tej willi rozpoczyna powieść Iwana Franki „Borysław się śmieje”.
Teatralno-literackie spotkanie odbyło się dzięki uprzejmości ukraińskiego koncernu naftowo-gazowego, który jest obecnie właścicielem tej historycznej willi. W rolę Iwana Franki, zaskakująco wiarygodnie, wcielił się Iwan Żuk, w postać Brunona Schulza – Iwana Herasymczuk, który niegdyś grał rolę pisarza, obaj aktorzy Teatru Jurija Drohobycza w Drohobyczu. Fragmenty prozy Iwana Franki oraz Brunona Schulza czytali, po ukraińsku – Jurij Fedczuk, aktor tegoż teatru oraz po polsku – Paweł Passini z Lublina, znany aktor, muzyk i reżyser.

Willa ta symbolizuje dawną potęgę rodziny Gartenberegów, ich fortuna ma u źródeł biznesową aktywność dwóch braci, Mosesa i Lazara, stworzyli oni jedną z pierwszych rafinerii naftowych w trójkącie Borysławskim; stała się z czasem największą, a rodzina – głównymi darczyńcami charytatywnymi, m.in. dla Szpitala Żydowskiego i Żydowskiego Domu Starców w Drohobyczu.
Obszerna, jednopiętrowa, zdobiona willa miała zostać zbudowana już w latach 70. XIX wieku. Krąży wiele opowieści o fortunie Gartenbergów, mieli oni na przykład pod każdą kolumnę budynku podłożyć złote monety… Dzisiaj jest to ulica Tarasa Szewczenki 12.

Powieść Iwana Franki „Borysław się śmieje” (najpierw publikowana w odcinkach, 1881-82) rozpoczyna się od opowieści o wmurowaniu kamienia węgielnego w budowę, jak należy się domyślać, tejże willi. W cieniu kasztanów obok kościoła idą goście tego wydarzenia…
Iwana Franko (1856-1916) nie urodził się w Drohobyczu, lecz w pobliskiej wsi, ale tu uczył się w gimnazjum im. Franciszka Józefa (ukończył je w 1975 roku), zatem znał realia tamtych czasów. Powieść „Borysław się śmieje” nasycona jest wątkami socjalnymi i klasowymi oraz narodowymi. Dla wydarzenia „Półtora miasta” istotny był kontekst miejsca, dokładny opis alei kasztanowej i terenu budowy… A więc opis Drohobycza tamtych lat. Proza Brunona Schulza (1892-1942) również nie pozbawiona jest kontekstu miejsca, wskazującego na konkretne obiekty, ulice, zaułki, sklepy… Schulz opisuje Drohobycz inaczej. Zestawienie tych opisów było celem wydarzenia i narzędziem kreacji refleksji…
Iwan Franko i Bruno Schulz nadeszli od strony kościoła, chwilę skrywając się w cieniu kasztanów... Przywitali się z licznie zgromadzoną publicznością, po czym weszli do willi i z balkonu patrzyli na swoje miasto. Aktorzy czytali fragmenty ich prozy…
PRZECZYTAJ FRAGMENTY
Iwan Franko: Borysław się śmieje (fragmenty wstępne) / NIEPUBLIKOWANE Przekład / redakcja: Grzegorz Józefczuk
Słońce bliskie było już południa. Zegar na wieży ratuszowej wybił szybko i płaczliwie jedenastą godzinę. Z gromadki wesołych, elegancko ubranych panów - obywateli drohobyckich, którzy przechadzali się po „plantach” koło kościoła w cieniu kwitnących kasztanów, wysunął się budowniczy i, wymachując lśniącą laską, przeszedł na drugą stronę ulicy do robotników, pracujących przy nowo rozpoczętej budowie. — No, co tam, majstrze — krzyknął. — Czy jesteście już gotowi? — Wszystko gotowe, proszę pana budowniczego. — No to każ uderzać na znak! — Dobrze, proszę pana! — odpowiedział majster i, odwróciwszy się do pomocnika, który stał obok i kończył ciosanie ogromnego fundamentowego bloku z popielewskiego piaskowca, rzucił: — No, Benediu, tumanie jakiś! Nie słyszysz, że pan budowniczy każe dawać znak?… Żywo!
[…] Tymczasem i inni obywatele, którzy gromadkami przechadzali się po „plintach” dookoła kościoła, na głos „drewnianej suki” zaczęli z wolna ściągać też do nowej budowy, a przed wszystkimi sam właściciel przyszłego budynku, Leon Hammerschlag, wysoki i stateczny Żyd z okrągło przystrzyżoną brodą, prostym nosem i ustami czerwonymi jak maliny. Był teraz bardzo wesoły, rozmowny i dowcipny, sypał żartami i zabawiał, wiadomo, całe towarzystwo, bo wszyscy gromadzili się i tłoczyli wokół niego. […] Za nimi podążali inni przedsiębiorcy, bogacze drohobyccy i borysławscy, kilku urzędników państwowych i jeden okoliczny dziedzic.
[…]. Całe to towarzystwo, w modnych czarnych surdutach, w paltach z drogich tkanin, w lśniących czarnych cylindrach, w rękawiczkach, z żyłkami w dłoniach i pierścieniami na palcach, dziwnie odróżniało się od szarej masy robotników, upstrzonej jedynie czerwonym kolorem cegły lub bielą wapna. Tylko radosny gwar jednych i drugich mieszał się ze sobą do kupy.
Bruno Schulz (fragmenty) Przekład: Jurij Andruchowycz / wybór: Wiera Meniok
Przejrzysty cień leżał nad miastem. Milczenie tej trzeciej godziny po południu wydobywało z domów czystą biel kredy i rozkładało ją bezgłośnie, jak talię kart, dookoła placu. Obdzieliwszy go jedną turą, napoczynało już nową, czerpiąc rezerwy bieli z wielkiej, barokowej fasady Św. Trójcy, która, jak zlatująca z nieba ogromna koszula Boga, (…) porządkowała na sobie w pośpiechu tę wielką wzburzoną szatę.
(…) Mieszkaliśmy w rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach, które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek. Gdyż, wszedłszy raz w niewłaściwą sień i na niewłaściwe schody, dostawało się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków, niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym celu wyprawy…
(…) wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami – jedne bladoróżowe, jak skóra ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe i aksamitne na słońcu, jak jakieś twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki, do błogiej nicości.
|