Imieniny: Łucji, Otylii, Włodzisławy
  Aktualności
  W Lublinie
  W Drohobyczu
  Wszędzie
  Polecamy
  Archiwum
  Warte uwagi
  Kategorie
   Stowarzyszenie
   Partnerzy
   Projekty
  Bruno4ever

  Tagi

lublin bułgarii cytaty o schulzu jarecka nieznanaukraina leszek mądzik festiwal 2012 golberg szpilki górecka nasi artyści bruno galeria filmy noce eon horusa o schulzu drohobycz krcha zwierciadło
  Ramka

 Zrealizowano
z pomocą finansową 
miasta Lublin

Bruno4ever 

BRUNOSCHULZFESTIVAL.ORG

* Zrealizowano dzięki wsparciu
Miasta Lublin w ramach obchodów
700-lecia miasta w 2017 roku 

 * DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW 
MINISTRA KULTURY 
I DZIEDZICTWA NARODOWEGO RP

* PROJEKT WSPÓŁFINANSOWANY PRZEZ 
MINISTRA SPRAW ZAGRANICZNYCH 
W RAMACH PROGRAMU 
"WSPÓŁPRACA W DZIEDZINIE
DYPLOMACJI PUBLICZNEJ 2012" 

 

 

Odwiedziło nas już:
432876 osób
Aktualności
Wystawa Olega Lubkiwskiego w Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki


Artystyczna metafizyka miasta o tajemniczej nazwie Czernowitz

Oleg Lubkiwski26 marca 2013 roku w Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki otwarta zostanie wielka wystawa „Miasto, które kiedyś nazywało się Czernowitz” Olega Lubkiwskiego, malarza z Czerniowiec, stolicy Bukowiny. Twórczość tego artysty wyrasta z fascynacji tajemnicami rodzinnego miasta, jest zarazem oryginalnym wkładem w dyskurs na temat zmian tożsamości Europy oraz znaczenia dziedzictwa kulturowego w dobie postmodernizmu. 
Wypada z przyjemnością zaznaczyć, że do Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki artysta z Czerniowiec dotarł w pewnym sensie przez Lublin i Drohobycz. Albowiem najpierw Lubkiwski miał wielką wystawę na festiwalu schulzowskim „Bruno4ever” w listopad 2011 w Lublinie, organizowanym przez nasze Stowarzyszenie, a następnie – na  Międzynarodowym Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu we wrześniu 2012 roku. Czujnym obserwatorem schulzowskich wydarzeń była i jest p. Natalia Filewycz, znawczyni twórczości Schulza ze Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki -  i stąd teraz wystawa Lubkiwskiego we Lwowie. Stąd też patronat honorowy Konsula Generalnego RP we Lwowie.   

Kluczem do zrozumienia sztuki Olega Lubkiwskiego jest jego rodzinne miasto, które od dzieciństwa kusiło go i prowokowało tajemnicami, śladami między innymi wcale nie tak dawnych czasów, kiedy Bukowina, najdalej na wschód wysunięty kraj Habsburgów, była regionalnym, wielokulturowym i pulsującym centrum świata. Lecz nawet jednak nie znając historii miasta, czujemy w obrazach Lubkiwksiego ten silny kontekst miejsca. Czują ten kontekst zapewne obywatele bardzo różnych krajów i nacji, przede wszystkim Europy Środkowej i Wschodniej, tych ziem, które zostały wystawione na gwałtowne i dramatyczne przemiany, zrywające ciągłość historii i kulturowej egzystencji lokalnych zbiorowości. Historia wciąż jest jakoś obecna, nawet jeżeli w ukryty sposób, w naszym myśleniu, w naszym obrazowaniu świata, jest, bywa, ciężarem i przekleństwem, ale i domagającą się pamięci przestrogą.

Nie ma już miasta „Czernowitz”. Pozostały po nim ślady w architekturze, w materialnej tkance miasta. Maluje je Oleg Lubkiwski. Maluje przede wszystkim „przedmioty”, fragmenty ścian, bram, ogrodzeń i furt, ornamenty architektury, szyldy, ceramiczne płytki, cegły. To symbole, które na naszych oczach zmieniają się w atrapy pamięci, tracą swoje konteksty, znaczenia, odniesienia, czyli – tracą swój sens i rozpływają się w agresywnym czasie. Dlatego artysta maluje te artefakty bez tła, jak byty wyrwane z większej całości, które teraz stają się potencjalnymi samoistnymi kosmosami. Ocala je od rozpłynięcia się w nicości. Sztuka jest pamięcią, jest ocaleniem, jest czymś, co może zmagać się z wszystko unicestwiającym czasem i mu się przeciwstawić. Od nas zależeć, co będą znaczyć te tajemnicze, zapisane językiem artystycznym artefakty, bo od nas zależy, co uchronimy z ich kontekstów i sensów. Więc sztuka Lubkiwskiego to opowieść o dramacie miasta, o jego śmierci, o śmierci dziesiątek innych miast, i o drodze ocalenia.

Lecz nie tylko. I nie chodzi tu o romantyczny sentyment do cudownej przeszłości, która de facto jest już tylko kartą w historii. W malarstwie Lubkiwskiego kryje się pewna filozofia, antropologia przedmiotu. Artysta podkreśla bowiem personalny i kulturowy sens przedmiotów, a więc wytworów zazwyczaj pogardzanych i nie mających ważnego miejsca w szeregu bytów godnych uwagi. Tymczasem, to przez przywołanie przedmiotu Lubkiwski zachęca nas do snucia jakichś domysłów i przypuszczeń o ludziach, którym przedmioty te służyły, o raz o ludziach, którzy mają do czynienia z nimi teraz. Przedmioty te są jak drobiny piasku, mikrokosmosy ukrywające makroświaty.

Przedmioty mówią. O nich i o nas. Przedmiot może drwić ze świata, albo go kontemplować. Być komentarzem dnia dzisiejszego i metaforą dziejów, soczewką skupiającą esencję albo odłamkiem czegoś nieistotnego. Nawet jeżeli przedmiot milczy, to wymownie.

Trzeba koniecznie podkreślić niezwykłą techniczną biegłość artysty z Czerniowiec. Jego prace wykonane w technice akwaforty/ akwatinty nie pozostawiają wątpliwości, że osiągnął on mistrzowskie opanowanie techniki. Jeszcze bardziej zaskakują i budzą podziw akwarele, malowane nie płaszczyznami, plamami, wyrazistymi liniami, ale drobnymi punktami czy niewielkimi kreskami, swoistymi pikselami. Miliony takich punktów wyczarowują bardzo bogate kolorystycznie, pulsujące pastelowo przedstawienia. Zdumiewa precyzja tych prac, ich przemyślane kompozycje. Realizm nabiera magicznego odcienia.

Jak sam Oleg Lubkiwski komentuje swą twórczość? - poniżej przytaczamy fragment jego tekstu katalogu wystawy „Die Goldene Birne”. Również poniżej przedstawiamy fragment reportażu o Czerniowcach.

Grzegorz Józefczuk 

 O. Lubkiwski

ARTYSTA O WŁAŚNEJ TWÓRCZOŚCI

„Trochę mit, trochę legenda mego miasta utrwaliły się w mojej świadomości od wczesnego dzieciństwa. Wysokie wzgórze szpili i kopuł wywoływało we mnie poczucie majestatyczności i tajemniczości, wypełniało moją wyobraźnię przeczuciem przyszłego zapoznania się ze światem sztuki. Miasto było pięknym darem losu historycznego, pełnym klatek schodowych, wystaw w sklepach i kin. Na starych kamiennych chodnikach słabo błyszczały monumentalne słowa z żelaza: WIEN, WASSERWERK, STADTMAGISTRAT. Szpital dziecięcy świecił się gotyckimi witrażami dawnej Ambasady Niemieckiej, a w mieszkaniach zwykłych mieszczan wisiały tabliczki z napisami APARTAMENT, BRIFFE lub SCRISORI. Genialne dzieło architektoniczne – Rezydencja Metropolitów Bukowińskich – przyciągało jako nieosiągalna tajemnica, a na progu mojej szkoły był czytelny napis z zaświatów: LEON SCHRENZEL CZERNOWITZ. Niezwyciężone pragnienie zostać artystą podsuwało samo miasto przypominające piękny stary drzeworyt.

Ale obraz miasta nie mieścił się w kategoriach sowieckiego realizmu socjalistycznego, więc na mnie jako na młodego artystę czekały dramatyczne kolizje. Mimo wszystko, moje ukryte pragnienia artystyczne znalazły drogę do sukcesu. Moje prace zwyciężyły lokalną nomenklaturę, a moje miasto zobaczyli w Kijowie, w Moskwie i byłym Leningradzie, później w Kanadzie, Austrii, Szwajcarii. Mój obraz miasta powoli ukształtował się w oddzielne konceptualne wystawy.

[…] Od czasu stworzenia pierwszego romantycznego obrazu miasta upłynęło 25 lat. Dziwna metafizyka miasta o tajemniczej nazwie CZERNOWITZ, uwielbianego przez poetów i wybitnych ludzi, swą ukrytą potęgą nadal zachęca mnie do kontynuowania mego tematu. Moje miasto jako obraz epoki wykracza poza zwykłe wyobrażenia, pisze się go niezwykłym językiem artystycznym. Najmniejszy znak przeszłości w mistyczny sposób potrafi się zregenerować dzięki niespodziewanemu odkryciu lub kompozycji artystycznej. Różne wymiary czasowe równolegle istniejące na co dzień, tworzą paradoksalny eklektyczny obraz, który jako artysta ujmuję w kontekście współczesności i tradycji europejskiej kultury. Ten skomplikowany obraz jest dla mnie niezgłębionym źródłem natchnienia, treścią i tematem moich dzieł, sensem i nieodłączną częścią mojego życia…”

*Oleg Ljubkiwskyj, artysta - grafik i malarz, urodzony i pracujący w Czerniowcach (Ukraina), członek Narodowego Związku Artystów Ukrainy od 1988 roku, autor oryginalnych prac i cykli tematycznych odzwierciedlających obraz miasta Czerniowce w kontekście kultury europejskiej i kolizji współczesności. Katalogi: Romantyczne krajobrazy maleńkiego Wiednia (1998), Jesień minionego stulecia (2001), Złota gruszka (2003). Autor książki Die dankbare Bukowina (nominacja „Książka roku 2003”). Uczestniczył w zbiorowej wystawie współczesnego europejskiego drzeworytu (Bruksela 2000). Indywidualne wystawy w Narodowym Muzeum Sztuki Ukrainy, Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, Landesbundescentrum w Austrii, w Niemczech, Kanadzie, Belgii, Szwajcarii, Rumunii. A także w Lublinie (Festiwal Bruno4ever 2011) i w Drohobyczu (Piąty Festiwal 2012). Laureat Honorowej Nagrody Otto von Habsburga CIGNUM MEMORIAE za wkład w zachowanie europejskiego dziedzictwa kulturowego (2010).

O. Lubkiwski

CHODNIKI ZAMIATANO BUKIETAMI RÓŻ
Grzegorz Józefczuk, Gazeta Wyborcza Lublin, 05.09.2011

Obrazy, jakie malują te słowa są tak piękne a dzisiaj nieprawdopodobne, że nie pozostaje nic innego, jak po prostu wyrazić uczucie zazdrości i rozczarowania, że to minęło. Jaką moc musiało mieć miasto Czerniowce, stolica Bukowiny, aby tak zaczarować ludzi? Czy coś z tej mocy zostało dzisiaj, czy jedynie nostalgia za przeszłością?

Bodaj najsławniejszą jest wypowiedź austriackiego pisarz Georga Heintzena. Znajdziemy ją chociażby w reklamie hotelu „Magnat” z ulicy Lwa Tołstoja, jak i na tablicy umieszczonej na jednej z reprezentacyjnych kamienic na placu Centralnym, sąsiadującej z Ratuszem. Tablicę sygnuje „Instytut Rozwoju Miasta Czerniowce. Literatur - Cafe Czerniowitz” (do tej uroczej „Cafe” z portretem Franciszka Józefa zajrzymy później).

W 1899 roku Heintzena pisał: „Miasto, gdzie wolny dzień zaczynał się od Schuberta, a kończył pojedynkiem. Miasto w pół drogi między Kijowem i Bukaresztem, między Krakowem i Odessą – było niepisaną stolicą Europy, gdzie śpiewały najpiękniejsze soprany koloraturowe, woźnice sprzeczali się o Karla Krausa, chodniki zamiatano bukietami róż, a księgarń było więcej niż kawiarń. Miasto niekończącej się intelektualnej dyskusji, rankiem zaczynającej się od nowej teorii estetyki, wieczorem – już zupełnie obalonej. Miasto, gdzie psy nazywano imionami olimpijskich bogów i gdzie kury wydziobywały z ziemi wiersze Hölderlina. Okręt rozkoszy z ukraińską załogą, niemieckimi oficerami i żydowskimi pasażerami na burcie, który pod austriacką banderą trzymał stały kurs między Zachodem i Wschodem”.

Helmut Böttiger, biograf pochodzącego z Czerniowiec wieliego poety Paula Celana, tak zdał sprawę z tej symbiozy kultur, języków i religii: „Biskup prawosławny Repta, katolicki prałat Schmidt i nadrabin dr Rosenfeld przyjaźnili się, tworząc głośną w mieście „trójlistną koniczynę”; podczas pierwszej wojny arcybiskup Repta ocalił przed Kozakami zwoje Tory z Synagogi”.

A Martin Pollack w książce, której tytuł mówi wiele ale nie wszystko – „Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma”, cytuje Karla Emila Franzosa, wydawcę czerniowieckiego „Buchenblatter”, który w połowie lat 70. XIX wieku napisał relację zaczynająca się tak: „Kto przemierza to miasto, temu przesuwają się przed oczami tak osobliwie rozmaite, tak nadzwyczajnie barwne obrazy, że zdumiewając się co chwila, musi zadawać sobie pytanie, czy spaceruje po wciąż tym samym mieście. Wschód i Zachód, Północ i Południe: wszystkie możliwe odcienie kultury łączą się tu ze sobą. Dorożka czerniowieckiego fiakra może stać się dla nas czarodziejskim płaszczem Fausta, na naszych oczach wyczarowującym w ciągu niewielu godzin obrazy, które wszędzie indziej są od siebie nieskończenie odległe, oddalone w przestrzeni i czasie”.

Od czołgu do Franciszka Józefa

Czerniowce, 270. tysięczne miasto nad Prutem, na przedgórzu Karpat Wschodnich na handlowym szlaku czarnomorskim do Turcji, z północy Europy do Konstantynopola, dzisiaj w południowo-zachodniej Ukrainie, tuż przy granicy z Rumunią i Mołdawią. Najpierw należało do Mołdawii, od początku XV wieku do połowy XVIII podlegało Turcji, po czym do Austrii - aż w 1849 roku stało się stolicą Bukowiny jako kraju koronnego Habsburgów, najbardziej na wschód wysuniętą częścią wielonarodowego królestwa, które tak naprawdę ukształtowało miasto jako oazę wielokulturowości, podbudowanej wielkim handlowym biznesem. Poczucie przynależności do monarchii wciąż istnieje tu jako archetyp tęsknoty i źródło dumnej odrębności kulturowej.

Statystyka z roku 1930 jest znamienna, w mieście na 112 tysięcy mieszkańców Żydzi stanowili 38 proc., Rumunii 27, Niemcy 15, Ukraińcy 10, Polacy 8…

Czasy zapoczątkowane Rewolucją Październikową przyniosły nieodwracalne zmiany. Imre Kertész, laureat Nagrody Nobla 2002 napisał w zbiorze esejów „Język na wygnaniu”: „Wielkie ośrodki kulturalne, miasta uniwersyteckie, w których ludzie mówili trzema czy czterema językami, nagle stały się prowincjonalnymi miastami wielkiego mocarstwa i znikły z kulturalnej mapy Europy. Wszyscy zapewne myślimy w tym miejscu o Czerniowcach”.

Lecz Czerniowce bronią się przed taką oceną i perspektywą. 

Kto dzisiaj przyjedzie do Czerniowiec pociągiem i ruszy z dworca do centrum miasta, niemal od razu natknie się na pomnik w postaci czołgu – wyzwoliciela przy ulicy Gagarina. To czołg Armii Czerwonej, który pod wodzą lejtnanta Nikitina jako pierwszy wdarł się do miasta 29 marca 1944. Kto przyzwyczajony jest na przykład do klimatu Lwowa, również do jego politycznej aury, będzie zaskoczony wzorowo odrestaurowanym pomnik Czerwonoarmisty 1941-1945. Napis głosi: „Armia Czerwona wykonała swój patriotyczny obowiązek, wyzwoliła naszą ojczyznę od wroga. Sława gierojom Czerwonej Armii”. A potem przetrze oczy ze zdumienia widząc stojący nieopodal namiot Komunistycznej Partii Ukrainy i jej działaczy rozdających gazetkę „Radziecka Bukowina”, organu czerniowieckiego Obkomu Kompartii. Kiedy przeczyta nazwiska wielkich dramaturgów świata pod ich popiersiami na fasadzie wzniesionego w 1905 roku muzyczno-dramatycznego teatru im. Olgi Kobylańskiej, zobaczy na pierwszej z brzegu kamienicy przy placu Teatralnym tablice i szyldy, niektóre już mocno zaśniedziałe, w takiej mniej więcej kolejności i brzmieniu: „Kawiarnia Habsburg proponuje zniżkowe obiady 25 proc. w godz. 12-15”, „W latach 1940-1941 w tym domu mieszkał sekretarz Bukowińskiego Obkomu Komunistycznej Partii Rumunii Terlecki Kara Iłłasowicz”, „Budynek – pomnik Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Chroniony prawem - Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka”, „Bar prowadzi federacja karate Sin-Sebu”, „Na tym placu w listopadzie 1918 roku ogłoszono przyłączenie Bukowiny do Ukrainy”.

Tak, w Czerniowcach nie wymazuje się historii. A może to zarazem nowy przejaw pewnej postawy, którą przytacza Martin Pollack powołując się na relację „Gazety Polskiej” z końca XIX. Na zebraniu pierwszego czerniowieckiego stowarzyszenia robotniczego „Wahreheit” (Prawda) niemiecki przewodniczący pozdrowił zebranych głośnym „wiwat!” na cześć kajzera Franciszka Józefa. A socjaldemokratyczni robotnicy - Żydzi, Rusini, Polacy, Niemcy i Rumuni - odpowiedzieli trzykrotnym „niech żyje!”. „Wydawało się, że rewolucyjna postawa i wierność wobec austriackiego dworu cesarskiego wcale się na Bukowinie nie wykluczają” - konkluduje Pollack.

Nie znajdziemy ulicy Stepana Bandery, ani tym bardziej jego pomnika. Przyjrzyjmy się mowie i geopolityce pamięci. Są, mniej lub bardziej okazałe, między innymi, pomniki –Tarasa Szewczenki w centrum miasta, vis a vis Rausza, klasyka literatury rumuńskiej Mihaia Eminescu, Paula Celana, pisarza pochodzenia żydowskiego piszącego po niemiecku, którego sława zaskakuje współczesnych mieszkańców miasta, pomnik bukowińskich Żydów, ofiar Holokaustu jak i pomnik bukowińskich żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy zginęli w Afganistanie. Są pomniki Olgi Kobylańskiej i Jerzego Fedkowicza, wielkich twórców literatury ukraińskiej z Czerniowiec, których nazwiska chyba nic nam mówią (chociaż nomen omen książkę Kobylańskiej „W niedzielę rano ziele zbierała” wydało Wydawnictwo Lubelskie w 1981 roku). Najważniejszy deptak Czerniowiec, kiedyś ulica Herrengasse, nosi imię Kobylańskiej, a sławny czerniowiecki uniwersytet – Fedkowicza.

Jest urocza „Kołyska pokoju", rzeźba przedstawiająca dwie dziewczynki grające w „nitki”, dar od partnerskiego miasta Salt Lake City. W 2008 roku na 600 lecie miasta postawiono pomnik miłości do miasta: w ośmiu językach umieszono napis „Mojemu rodzinnemu miastu” (po ukraińsku, rumuńsku, rosyjsku, niemiecku, polsku, węgiersku, angielsku, żydowsku). W tym roku postawiono skromny pomnik Franciszka Józefa.

Archeolog znaków i symboli

Do „Literatur-Cafe Czerniowitz” przy placu Centralnym wchodzi się przez małą, ale esencjonalną księgarnię. Są tu poezje Bohdana Zadury, „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego i „Regiony wielkiej herezji” Jerzego Ficowskiego (oczywiście, ukraińskie przekłady). Oleg Lubkiwskij prowadzi nas krętymi schodami na pięterko, na niewielką, kameralną antresolę z malutkim barem. Zamawia kawę i koniaczek. Opowiada, że te ciemne krzesła i stoliczki pochodzą z oryginalnego wyposażenia dawnej „Cafe Habsburg”, która znajdowała się w pięknej, okazałej kamienicy na rogu placu Centralnego, czyli Rynku i Herrengasse, dzisiaj Kobylańskiej; obecnie w kamienicy rezyduje, rzecz jasna, bank.

Nad kanapą, również czarną, wisi portret Franciszka Józefa. A tu gdzie siedzimy, kilka obrazów Lubkiwskiego.

Oleg maluje artefakty z „Czernowitz”, wielojęzycznego miasta-świata, które, jak pisze „jest daleko od nas”, ale które jako osobliwe kulturowe zjawisko nie przestaje przykuwać uwagi. Jest krytyczny, uważa, że współczesne Czerniowce tylko powierzchownie nawiązują do swego magicznego rodowodu. Archeolog znaków i symboli, które upamiętnia w obrazie. Jest mistrzem warsztatu, łączy techniki graficzne, rysunek i akwarelę. Jego panoramy miasta przypominają splątany organizm, w którym chaos i wielość łączą się w całość. Ale maluje przede wszystkim „przedmioty”, fragmenty ścian, bram, ogrodzeń i furt, ornamenty architektury, szyldy, ceramiczne płytki, cegły. To symbole, które na naszych oczach zmieniają się w atrapy pamięci. Dlatego artysta maluje te artefakty bez tła, jak byty wyrwane z większej całości, które teraz stają się potencjalnymi samoistnymi kosmosami. Od nas zależy, co będą znaczyć – i co w nich przeczytamy.

Do toalety „Literatur-Cafe Czerniowitz” schodzi się w kręty zakamarek kamienicy. To miejsce szczyci się zlewem pamiętającym z pewnością czasy Habsburgów. A na łańcuszku wiszącego pod sufitem water closet huśta się wiekowy porcelanowy uchwyt, znaleziony gdzieś przez Olega. 

Potem pójdziemy na otwarcie „Najlepszej kawiarni na rogu Uniwersyteckiej i Skoworody” (tak, tak właśnie się nazywa), gdzie znakomity pisarz i eseista Oleksandr Bojczenko (zobacz nasza lubelska: kultura enter.pl) będzie czytał humoreski. Tu dostaniemy ulotkę o zaczynającym się 2 września „Meridian Czernowitz International Poetry Festival”, w którego bogatym programie znajdziemy sporo znanych nazwisk, m.in. Bohdana Zadurę i Jurija Andruchowycza (z wrocławską grupą Karbido przedstawi muzyczno-poetycki spektakl „Absynt”).

Sztrucel i banosz

Przechodzimy przez plac Centralny patrząc na wielki pomnik Szewczenki posadowiony na tle wielkiej, zamykającej tę pierzeję rynku ścianie. Namalowano na niej dokument sygnowany 8 października 1408 roku – to pierwsza wzmianka o istnieniu Czerniowców. Po lewej stronie starodruku wykreślono w wielkiej skali pierwszą mapę miasta, po prawej – jego widok z satelity.

Przechodzimy na ulicę Kobylańskiej, na reprezentacyjny deptak. Mijamy restaurację „Kwinto” (tak, tak, to nawiązanie do filmu „Va Bank”), z zaskoczeniem patrzymy na odnowione elewacje dziesiątek kamienic. To aż niewiarygodne jeżeli pamięta się, z jakim trudem odnawia się na Zachodniej Ukrainie budynki nawet reprezentacyjnych ulic. Tu jakby ekipy remontowe dopiero co skończyły robotę. Wzdłuż chodnika biegnie pas czarnego kamienia, na którym nazwę miasta wypisano w wielu językach. Ogródki kawiarniane zatopione w zieleni i kwiatach. Czas jakby się zatrzymał, nic się nie dzieje, na ławkach między kwiatowymi gazonami przysiadają starsze panie, a nastoletnie pary całują się niby dyskretnie.  

Zamawiamy sztrucel makowy z wiśniami, podawany tu na gorąco i ze struganymi lodami. W innym miejscy skusiliśmy się na mamałygę, czyli potrawę z mąki kukurydzianej, gotowanej na wodzie. Ale okazało się, że najbardziej smakował nam banosz z kaszy kukurydzianej gotowanej na śmietanie, podawany z bryndzą, skwarkami lub grzybami. 

Opowiadamy wrażenie ze zwiedzania Rezydencji Metropolitów Bukowińskich (1864-1876), w której dzisiaj mieści się Uniwersytet. Skrót jest prosty: „kompleks neoromański z elementami i formami architektury bizantyjskiej”, ale czy opisuje on spadziste dachy, które przypominają dywany, bo dachówki ułożono w piękne symetryczne wzory, albo korytarze i klatki otwierające przez wchodzącym fantastyczna mozaikę przestrzennych i ozdobnych struktur plastycznych. Zdjęcia robione w seminaryjnej kaplicy Rezydencji wyszły w kolorze złotym. W tym roku rezydencja trafiła na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest czego zazdrościć.   

Opowiadamy sobie o różowej akacji kwitnącej przy bocznym wejściu na plac prawosławnego soboru katedralnego, o studni – pomniku zwanej turecką, o niezwykłym, wielkim kirkucie pogrążającym się w sieci z zieleni i o graniczącym z nim cmentarzu zwanym chrześcijańskim z równie fascynującymi nagrobkami w wielu językach…

Czerniowce dzisiaj

Czerniowce, stary kirkut

Fot. G. Józefczuk


24-03-2013, 23:36:34


  Festiwale






  NewsLetter

Podaj swój e-mail



Bądź na bieżąco
z najważniejszymi wydarzeniami związanymi
z postacią Brunona Schulza




Kultura w Lublinie
BRUNO SCHULZ MUSEUM DROHOBYCZ
Polecamy:    Ї      Brama_Grodzka      PRZYPINKA.PL      Schulz / forum      Kurier_Galicyjski      Instytut_Polski w Kijowie      EAST-CULTURE      Zaxid.net      Pogoda      Uniwersytet I. Franka_Drohobycz      Lonia / Maydan Drohobycz      Wikipedia Ukr      Nowa Europa Wschodnia      ZBRUCZ Pismo internetowe      Rada Miasta Drohobycz      BRUNOSCHULZ.ORG   
Copyright © Stowarzyszenie | Projekt: Paweł Górski | Wykonanie: ATLabs